Najnowsze artykuły

Polecane wideo

 

Jagna o ubraniach z duszą...

22.07.2010 21:07

Jagna o ubraniach z duszą...
Autor: Anna Maria Przybysz
Przedmioty mają duszę, a ubrania nie są w tym względzie żadnym wyjątkiem.

Wiedzą to dobrze studenci etnologii, którzy omawiając na pierwszym roku systemy wymiany czy przekazywania darów co i rusz natrafiają na opisy swoistej wewnętrznej energii rzeczy. Ich moc może zależeć od wielu czynników: sposobu, celu, miejsca czy daty powstania przedmiotów, materiału, z jakiego są wykonane, biografii autora, właścicieli… Przekonanie o swoistej sile ukrytej w otaczających nas rzeczach widać także dzisiaj. Nie trzeba szukać daleko – wystarczą horrory, w których np. odkrycie na strychu sukienek zmarłej osoby powoduje jej powrót zza grobu i opętanie znalazcy. Zresztą ciągle od przeciwników ubrań z second-handu można usłyszeć, że:

nie wiadomo kto w tym wcześniej chodził.

Podobnych argumentów używa mój Tata, gdy z Mamą wypatrzymy jakąś ładną kolię na wystawie antykwariatu – a co jeśli poprzednia właścicielka naszyjnika nie była szczęśliwa? Choć w jego wypadku trudno wyczuć, czy mówi tak na serio, czy „przeklęta biżuteria” ma tylko zapobiec następnym wydatkom…
Chyba każdy ma pewne przyzwyczajenia (by nie powiedzieć – przesądy) związane z dodatkami czy ubraniami, bazujące – mniej lub bardziej świadomie – na istnieniu ich wewnętrznej energii. Najczęściej słyszy się o „szczęśliwych” elementach garderoby, chroniących przed problemami czy wręcz przyciągających radosne wydarzenia. Ale są i bardziej oryginalne przekonania. Na przykład moja koleżanka wierzy, że gdy odpowiednio dba się o buty, one odpłacają nam tym samym. Warto dodać, że nie chodzi jej tylko o czyszczenie czy impregnowanie, ale i o postępowanie wobec nich z pewną czułością (co od razu przywodzi mi na myśl scenę z „PS Kocham Cię”, gdy Hillary Swank zbiera szpilki porozrzucane po pokoju mówiąc: „Bo jeszcze pomyślą, że ich nie kocham…”). Tymczasem mój chłopak śmiał się chyba z pół godziny, gdy tłumaczyłam mu, że zawsze staram się, by moje ubrania dobrze zadebiutowały – najlepiej na fajnej imprezie, przy ważnej okazji. Oczywiście ma to swoje logiczne (i ciut egocentryczne) usprawiedliwienie: nowa sukienka czy bluzka mogą zaskoczyć moich znajomych, ale tylko raz. Po co więc marnować ich potencjał na wyjście na zajęcia? Jednak w głębi duszy wiem, że chodzi także o coś innego. Często bowiem łapię się na tym, że im więcej przyjemnych wydarzeń „zaliczyła” konkretna kreacja, tym bardziej mi się podoba. Wydaje się zatem, że im więcej uczucia poświęcimy danemu ubraniu lub dodatkowi, im więcej wspomnień przeniknie ich materiał, tym silniejsza staje się moc ich oddziaływania na nas. Można to krytykować (czyżbym słyszała zarzuty lewicowych teoretyków dotyczące fetyszyzmu?), jednak trudno mi się wyzbyć wrażenia, że taka kolej rzeczy – bez względu na to , czy mówimy o ubraniach, książkach czy domach – jest naturalna i nieunikniona (no może  opierają się temu tylko najbardziej racjonalni z racjonalnych naukowców). Pozostaje tylko pamiętać o zasadzie Thomasa mówiącej, że jeżeli coś wydaje nam się realne, realne będą dla nas także tego konsekwencje. Nie ma co się więc wstydzić własnych ubraniowych przesądów – każdy z nich zawiera bowiem cząstkę prawdy. Nawet jeśli jest ona prawdą tylko dla nas.


Komentarze